12. Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze
Rys historyczny i teologiczny
W drugą sobotę, a zarazem w kluczowy piątek czerwca, Kościół przeżywa moment szczególnej intensywności duchowej. W 1856 roku papież Pius IX, odpowiadając na gorące pragnienia samego Zbawiciela przekazane św. Małgorzacie Marii Alacoque, ustanowił święto Najświętszego Serca Pana Jezusa dla całego Kościoła powszechnego. Dzisiejszy dzień stanowi teologiczną i liturgiczną kulminację całego miesiąca.
W katolickiej nauce o kulcie przypominamy, że Sercu Jezusowemu przysługuje najwyższy stopień czci – kult adoracji (latria), zarezerwowany wyłącznie dla samego Boga. Czcimy Je bowiem nie jako oderwany fragment ludzkiej anatomii, ale jako Serce Osoby Boskiej. Dzisiejsza liturgia jest potężnym, kosmicznym hymnem dziękczynienia i uwielbienia za niepojęty, krwawy dar naszego odkupienia.
Czytanka kaznodziejska (Kerygmat)
Bracia i Siostry!
Dziś jest dzień wielkiego, spektakularnego triumfu Bożej miłości! Najświętsze Serce Jezusa – tak potwornie odrzucone przez współczesny świat, biczowane i przebijane naszymi codziennymi grzechami – objawia się nam jako jedyne, które jest wszelkiej chwały najgodniejsze. Niech nasze słabe głosy, całe nasze codzienne życie i każda decyzja o wyborze dobra będą dzisiaj czystym hymnem uwielbienia. Oddaj Mu dzisiaj bez wahania wszystko, co masz i kim jesteś, ponieważ On sam godzien jest przyjąć wszelką chwałę, cześć, moc i dziękczynienie!
Wczoraj, stojąc u boku Mojżesza, słyszeliśmy przejmujące słowo powołania i pytaliśmy z drżeniem: „Kimże ja jestem?”. Dzisiaj (Wj 3, 13-20) Bóg odpowiada na naszą bezradność, objawiając nam swoje Najświętsze Imię oraz dając absolutne zapewnienie o swojej nieustannej opiece. Zrozummy tę analogię: kiedy Bóg powołuje człowieka do konkretnej misji, zawsze daje mu najpierw głęboko poznać samego Siebie. To powinno nas ostatecznie utwierdzić w przekonaniu, że Bóg prawdziwie powołuje dziś każdego z nas. Mojżeszowi przedstawił się jako nierozerwalna Obecność: „JA JESTEM, KTÓRY JESTEM”. Nam, w te czerwcowe dni, Bóg objawia się jeszcze intymniej – zaprosił nas do samego wnętrza swojego Serca, abyśmy poznali Jego ból, Jego tęsknotę i miłość, i dzięki temu zrozumieli naszą własną misję. Imię Boga „Ja Jestem” oznacza, że On nie należy do przeszłości ani nie dystansuje się w przyszłości. On JEST – teraz, w tej sekundzie, bez sekundy przerwy, tuż obok ciebie.
W jaki sposób ma się wypełnić to nasze czerwcowe powołanie? Jezus odpowiada nam niezwykle prosto na kartach dzisiejszej Ewangelii (Mt 11, 28-30): „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie”. Zwróćmy uwagę na ten przedziwny paradoks: Pan Bóg nie rzuca w nas swoim ciężarem, mówiąc: „Oto Moje wymagania, nieście je sami, a Ja was rozliczę”. On zaprasza nas do wspólnego niesienia jarzma! Do ramienia w ramię. Jarzmo z natury konstrukcji nakłada się na dwa stworzenia. Po jednej stronie staje więc Wszechmogący Bóg, a po drugiej słaby, kruchy człowiek. Gdy ziemski król zleca trudne zadanie, sam nie brudzi sobie rąk – wysyła sługi, a sam jedynie kontroluje efekty. Król Niebios działa zupełnie inaczej: On osobiście dzieli z nami każdy ciężar. Samodzielne niesienie Bożych spraw byłoby dla nas niemożliwe; jesteśmy jak mała mrówka, która choć silna, nie udźwignie przecież całego kosmosu.
Jak wyglądają te proporcje wspólnego dźwigania? Przypomnijmy sobie sytuację z dzieciństwa, gdy małe, trzyletnie dziecko koniecznie chce pomóc mamie wracającej z zakupów i domaga się niesienia ciężkiej, kilkukilogramowej torby. Czy mądra matka odda dziecku cały ten ciężar, który przewyższa wagę malucha? Oczywiście, że nie! Ale nie chce też ranić jego serca. Pozwala więc, aby dziecko chwyciło rączką mały skrawek torby. Matka niesie całą torbę, idąc lekko pochylona, a maluch biega obok, dumny i przekonany, że to on dźwiga zakupy. W rzeczywistości dziecko swoim ciężarem wręcz powiększa trud matki, musi podnosić rączkę do góry, dopasować swój mały krok do kroku dorosłego, torba mu przeszkadza – i dla niego jest to realny wysiłek. Patrząc z boku, to żaden trud, ale z perspektywy malucha to wielki wyczyn. Dokładnie tak wygląda nasze dźwiganie jarzma z Jezusem Chrystusem. On niesie wszystko, a nam pozwala jedynie współuczestniczyć w radości niesienia.
Czym więc jest to mistyczne jarzmo w praktyce? To nasza szara, monotonna codzienność. To cierpliwe znoszenie samych siebie i innych, trudna praca nad własnymi wadami i nieustanne praktykowanie miłości na co dzień. Wiele dusz wolałoby spektakularne wyczyny, bohaterskie akty religijne, głośne akcje, tymczasem Jezus pragnie od nas rzeczy najprostszych, a zarazem najtrudniejszych:
Kochać, całkowicie zapominając o sobie i bezlitośnie depcząc swoje pyszne, egoistyczne „ja”.
Chować głęboko swoją próżność i zarozumiałość, byle tylko okazać czystą miłość Bogu i bliźniemu.
Przestać wreszcie żyć i myśleć wyłącznie o sobie, a zacząć oddychać sprawami innych ludzi.
Mówić pewne rzeczy lub potrafić je milcząco przemilczeć, kierując się wyłącznie dobrem drugiego człowieka.
Jarzmem jest także pokorne, nieustanne nasłuchiwanie Głosu Boga. Człowiek współczesny, uwikłany w pęd i zgiełk, rzadko kiedy słyszy cichy szept łaski. Nie możemy być jak pracownik fabryki, który po odbiciu karty o piętnastej zapomina o zakładzie. Robotnikami w winnicy Pana, Jego dziećmi i oblubienicami Jego Serca jesteśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę! Słuchać Jego zapewnień o miłości musimy nieustannie, w każdym tchnieniu i w każdej sekundzie.
Komnata, przez którą dzisiaj przechodzimy, to przestrzeń całkowitego, bezwarunkowego ofiarowania siebie Bogu. To oddanie, które potwornie boli ludzką naturę, ponieważ zmusza nas do bolesnej rezygnacji z własnych racji i zdeptania swojego ego. Ale to właśnie w tej komnacie, w momencie całkowitego ogołocenia, zostajemy w sposób doskonały zjednoczeni z Bogiem Ukrzyżowanym. Zostajemy przyobleczeni w purpurę Jego Najdroższej Krwi, która nas uświęca i wywyższa. Zaczynamy trwać na Krzyżu razem z Nim! Nasze dłonie i stopy zostają mistycznie przybite obok dłoni i stóp Jezusa, nasze głowy dotyka cierniowa korona, a nasze serca przylegają bezpośrednio do Jego otwartego boku. Nie ma już podziału na „ja” i „On” – stajemy się jedno z Ukrzyżowanym.
Dopiero w tym miejscu człowiek doświadcza swojej kompletnej niemocy i bezsilności. Widzi jasno, że sam z siebie jest absolutnym niczym, że nie potrafi kochać czysto, że jego uczucia są chwiejne. Dopiero wtedy zaczyna naprawdę współodczuwać potworne cierpienie Jezusa wywołane ludzkimi grzechami. I gdy w tym stanie ogołocenia słyszy ponowne, pełne miłości wezwanie Boga, nie potrzebuje już skomplikowanych analiz teologicznych. Z samego dna jego duszy wyrywa się tylko jedno, ciche, pełne zachwytu wołanie: „Boże, kimże ja jestem, że Ty tak niepojęcie mnie wyróżniasz i miłujesz? Że tak wielkich rzeczy oczekujesz od tak mizernego prochu?”. Wszystkie komnaty zlewają się w tym jednym, godnym wszelkiej chwały Sercu Jezusa. Padnijmy dziś przed Nim, przytulmy się do Jego zranionych stóp i pozwólmy, aby Jego boskie życie stało się naszym jedynym i wiecznym Pokarmem. Amen.
