2. Jezus Chrystus — fundament naszej nadziei
Kiedy stajemy przy grobie bliskiej osoby, słowa o życiu wiecznym nabierają szczególnej wagi. Pragniemy wiedzieć, na czym możemy oprzeć nadzieję, że ten, którego kochamy, nie zniknął w nicości. Pytamy, czy istnieje ktoś, kto potrafi przeprowadzić człowieka przez śmierć. Właśnie wtedy wiara kieruje nas ku Jezusowi Chrystusowi. Wszystko, co w tej książce będziemy rozważać o wieczności, otrzymuje swoje światło z Jego śmierci i zmartwychwstania.
Święty Paweł napisał do Koryntian: „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara” (1 Kor 15,17). Apostoł wskazuje na wydarzenie, od którego zależy cała chrześcijańska nadzieja. Gdyby Jezus pozostał w grobie, Jego śmierć moglibyśmy wspominać jako świadectwo niezwykłej miłości, ale nadal oczekiwalibyśmy odpowiedzi na pytanie o ostateczny los człowieka. Tymczasem Paweł ogłasza: „Chrystus zmartwychwstał jako pierwociny spośród tych, co pomarli” (1 Kor 15,20). W Nim rozpoczyna się zwycięstwo, do którego zostajemy zaproszeni.
Aby przyjąć tę prawdę, trzeba najpierw zatrzymać się przy tajemnicy wcielenia. Odwieczny Syn Boży stał się człowiekiem. Przyjął nasze ciało, wszedł w ludzką historię i podzielił nasz los we wszystkim oprócz grzechu. Znał zmęczenie i głód, doświadczał bliskości przyjaciół, a także odrzucenia. Płakał nad grobem Łazarza. W Ogrodzie Oliwnym przeżywał trwogę przed męką. Dlatego człowiek cierpiący może przychodzić do Niego z ufnością: Zbawiciel zna ciężar ludzkiego bólu.
Na krzyżu Jezus oddał za nas życie. Jego śmierć była rzeczywista. Syn Boży doświadczył jej w przyjętej naturze ludzkiej, a Jego ciało zostało złożone w grobie. W tym wydarzeniu objawiła się miłość Boga, który przyszedł ratować człowieka z niewoli grzechu i śmierci. Chrystus dobrowolnie przyjął mękę i w posłuszeństwie Ojcu ofiarował siebie za nas.
Wobec krzyża odkrywamy, jak poważną rzeczywistością jest grzech i jak wielkie jest miłosierdzie Boga. Zło rani człowieka, niszczy więzi, zamyka serce na prawdę i miłość. Jezus bierze na siebie ciężar naszego zbawienia. To, czego nie mogliśmy dokonać własnymi siłami, otrzymujemy dzięki Jego ofierze. Możemy wrócić do Ojca, ponieważ Syn otworzył nam drogę pojednania.
Warto zatrzymać się przy tej prawdzie osobiście. Chrystus oddał życie także za mnie. Zna moje grzechy, niewierności, lęki i zranienia. Jego miłość dosięga miejsc, które najchętniej ukryłbym przed innymi. Mogę więc przyjść do Niego ze skruchą i prosić o przebaczenie. Krzyż pomaga zrozumieć zarówno potrzebę nawrócenia, jak i wielkość nadziei, z którą przystępujemy do sakramentu pojednania.
Po Wielkim Piątku nadeszła cisza Wielkiej Soboty. Uczniowie przeżywali rozbicie i utratę nadziei. Widzieli śmierć swojego Mistrza, a wraz z nią upadek oczekiwań, które z Nim wiązali. Ta cisza jest bliska ludziom pogrążonym w żałobie. Po pogrzebie również pozostaje puste miejsce, milkną rozmowy, a zwyczajne czynności boleśnie przypominają o nieobecności. Wiara pozwala przynosić Bogu także taki czas, gdy serce nie potrafi jeszcze wypowiedzieć słów pocieszenia.
Poranek wielkanocny przyniósł wydarzenie, którego uczniowie sami nie potrafili sobie zapewnić. Jezus powstał z martwych. Spotykał się z nimi, przemawiał, ukazywał swoje rany i pozwalał się rozpoznać. Ten sam Pan, którego widzieli ukrzyżowanego, żył. Jego zmartwychwstanie było wejściem w życie uwielbione, nad którym śmierć nie ma już władzy.
Rany pozostały znakami tożsamości Zmartwychwstałego i Jego miłości. Wielkanoc nie wymazała prawdy o krzyżu. Objawiła zwycięstwo Tego, który został ukrzyżowany. Dlatego chrześcijańska nadzieja może objąć również ludzką historię naznaczoną cierpieniem. Wierzymy, że Bóg potrafi doprowadzić swoje dzieło do spełnienia także tam, gdzie my widzimy jedynie bezradność i kres własnych możliwości.
Szczególnie bliska może być nam droga uczniów idących do Emaus. Oddalali się od Jerozolimy ze smutkiem. Rozmawiali o wydarzeniach, których nie umieli zrozumieć, i wspominali zawiedzione oczekiwania. Zmartwychwstały Jezus zbliżył się do nich, choć początkowo Go nie rozpoznali. Pozwolił im opowiedzieć o bólu, a potem wyjaśniał Pisma i ukazywał sens swojej męki. Przy łamaniu chleba otworzyły się ich oczy (por. Łk 24,13–35).
To spotkanie pokazuje, jak Chrystus odbudowuje nadzieję. Wchodzi w drogę człowieka, słucha, prowadzi ku prawdzie i daje się rozpoznać. Uczniowie mogli wrócić do wspólnoty, ponieważ odkryli, że Pan żyje. Wydarzenia, które wcześniej uznali za koniec wszystkiego, ujrzeli w nowym świetle.
Podobnie dzieje się w naszym życiu duchowym. Niekiedy przynosimy na modlitwę zmęczenie, rozczarowanie sobą, ból po stracie kogoś bliskiego. Jezus zaprasza, abyśmy pozostali przy Nim i słuchali Jego słowa. Nie zawsze od razu rozumiemy, jak nas prowadzi. Możemy jednak prosić, by uczył nas rozpoznawać swoją obecność i przyjmować pomoc, którą daje przez Kościół.
Spotkanie ze Zmartwychwstałym jest możliwe także dzisiaj. Przez chrzest zostaliśmy włączeni w Jego śmierć i zmartwychwstanie, aby żyć nowym życiem (por. Rz 6,3–4). W Eucharystii przyjmujemy tego samego Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. W sakramencie pojednania On podnosi nas z grzechu i przywraca do życia łaski. Jego słowo oświeca sumienie, a Duch Święty uzdalnia nas do odpowiedzi wiary.
Dlatego nasza więź z Jezusem ma znaczenie dla wieczności. Życie wieczne jest komunią z Bogiem, do której Chrystus wprowadza nas już teraz przez łaskę, a którą pragniemy otrzymać w pełni po zakończeniu ziemskiego pielgrzymowania. Pan powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6). Ostateczny cel człowieka odsłania się w tej relacji: przez Syna, w Duchu Świętym, jesteśmy prowadzeni do Ojca.
Zmartwychwstanie Chrystusa pozwala także właściwie rozumieć naszą nadzieję dotyczącą ciała. Jezus zbawia całego człowieka. Wyznając wiarę w zmartwychwstanie umarłych, oczekujemy przemiany, której dokona moc Boga. Nasze obecne wyobrażenia są zbyt ubogie, aby opisać tę rzeczywistość. Mamy jednak pewny fundament: uwielbionego Pana, który zwyciężył śmierć i obiecał swoim uczniom udział w swoim życiu.
Ta obietnica nie usuwa odpowiedzialności za nasze wybory. Wzywa do wiary, nawrócenia i trwania w miłości. Możemy odrzucać łaskę, zamykać się na przebaczenie i uporczywie wybierać grzech. Dlatego Kościół głosi zwycięstwo Chrystusa i równocześnie zachęca do czuwania. Nadzieja wzrasta wtedy, gdy coraz pełniej powierzamy się Zbawicielowi i pozwalamy Mu przemieniać nasze postępowanie.
Dla duszy najmniejszej płynie stąd wielkie umocnienie. Nie muszę sam pokonywać wszystkiego, co oddziela mnie od Boga. Mogę przyjąć zbawienie jako dar i współpracować z łaską w granicach moich codziennych możliwości. Mogę wracać po upadku, prosić o pomoc, rozpoczynać na nowo. W centrum mojej drogi stoi Jezus, którego miłość jest wierna.
Święta Teresa od Dzieciątka Jezus pomaga nam przyjmować tę prawdę z dziecięcą ufnością. Własna niedoskonałość nie musi prowadzić do ucieczki od Boga. Rozpoznana w pokorze staje się wezwaniem, aby jeszcze mocniej oprzeć się na Jego miłosierdziu. W duchowości siostry Konsolaty Betrone tę samą postawę wyrażamy przez akt miłości: „Jezu, Maryjo, kocham Was, ratujcie dusze!”. Gdy wypowiadamy te słowa, zwracamy się ku Temu, od którego pochodzi zbawienie, i powierzamy Mu siebie oraz innych.
Warto, aby ta modlitwa towarzyszyła nam szczególnie podczas Eucharystii i adoracji. Przed Najświętszym Sakramentem jesteśmy w obecności żyjącego Pana. Możemy przynieść Mu imiona naszych zmarłych, lęk przed własną śmiercią, troskę o osoby oddalone od wiary. Możemy również w ciszy pozwalać, aby Jego obecność porządkowała nasze serce. Wierność takim spotkaniom uczy nas zaufania, które będzie potrzebne także w godzinie ostatniego przejścia.
Kiedy modlimy się za zmarłych, odwołujemy się właśnie do zbawczej miłości Chrystusa. Powierzamy ich Temu, który za nich umarł i zmartwychwstał. Nie znamy całej prawdy o ich życiu ani głębi ostatnich poruszeń ich serc. Możemy natomiast ofiarować za nich Mszę świętą, podejmować modlitwę i uczynki miłosierdzia. Nasza miłość znajduje w ten sposób wyraz w ufnej prośbie o ich oczyszczenie i przyjęcie do chwały.
Przy grobie chrześcijanin może płakać i jednocześnie wyznawać wiarę w zmartwychwstanie. Tęsknota nie przeczy nadziei. Odsłania wartość więzi, którą powierzamy Bogu. Z czasem uczymy się wypowiadać słowa modlitwy coraz głębiej, niekiedy pośród wielkiej oschłości: Panie, Ty znasz tego człowieka, Ty go umiłowałeś, Tobie go oddaję.
Tak samo możemy powierzać Chrystusowi własny kres. Nie wiemy, jakie okoliczności będą mu towarzyszyć. Dzisiaj możemy jednak umacniać więź z Tym, który wtedy również pozostanie wierny. Każda szczera modlitwa, przyjęty sakrament, akt skruchy i czyn miłości są odpowiedzią na Jego obecne zaproszenie. W ten sposób nadzieja zakorzenia się w życiu.
W dalszych rozdziałach będziemy mówić o sprawach trudnych i przekraczających nasze doświadczenie. Zawsze powracajmy do Chrystusa. W Jego krzyżu odczytujmy wielkość miłosierdzia, w zmartwychwstaniu — zwycięstwo życia, a w Jego słowach — drogę do Ojca. On jest fundamentem, na którym możemy oprzeć siebie, pamięć o naszych zmarłych i oczekiwanie przyszłej chwały.
Panie Jezu Chryste, ukrzyżowany i zmartwychwstały, Tobie powierzam moje życie. Dziękuję Ci, że przez swoją śmierć i zmartwychwstanie otworzyłeś mi drogę do Ojca. Umacniaj moją wiarę, gdy ogarnia mnie smutek, a przyszłość budzi lęk. Prowadź mnie do nawrócenia i ucz przyjmować Twoje miłosierdzie. Przyjmij do swojej chwały tych, za których się modlę. Spraw, abym każdego dnia żył coraz bliżej Ciebie, aż do spotkania w wieczności. Amen.
