Wyrzeczenia duszy w Sercu Jezusa

4. Komnata wszystkich wyrzeczeń duszy

Czerwiec, komentarze

Dzisiaj Bóg prowadzi nas do kolejnej komnaty. Zanim do niej zajrzymy, ważne jest, by sobie uświadomić, jak mało się jest pokornym, jak bardzo zadufanym w sobie – przecież jestem tyle lat we wspólnocie, czytam wszystkie pouczenia, staram się uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, rekolekcjach, dniach skupienia, Wieczernikach… No właśnie. Ten sposób myślenia już o czymś świadczy. A więc zanim zajrzymy do tej komnaty, potrzeba jednak ugięcia kolan, że pomimo tylu lat we wspólnocie nadal jestem na początku drogi. Nie w innych, ale w sobie trzeba szukać słabości, niewierności, nieposłuszeństwa. Naprawienie świata należy zaczynać od siebie. Może trzeba by w końcu zacząć. A komnata jest przepiękna, tyle że nie każdy rozumie jej piękno. Niektórzy nie zrozumieją piękna tej komnaty do końca życia tu na ziemi. Jej prawdziwe piękno widzi tylko dusza pokorna. Tylko. Innym może się wydawać, że widzą piękno, ale nie widzą. Głębię, prawdziwe piękno może dojrzeć tylko dusza pokorna.

Co zatem znajduje się w tej komnacie? To, co jest miłością Bożego Serca. W tej komnacie znajdują się wszystkie wyrzeczenia duszy uczynione z miłości do Boga. Znajduje się tu wszystko, co zostało przez duszę zdeptane w sobie, uśmiercone, z czego ona zrezygnowała. W tej komnacie znajduje się jej własne „ja”, ego, które podnosi nieustannie głowę, a ona jednak nieustannie depcze, odrzuca, rezygnuje, uśmierca. W tej komnacie są oddane Bogu wszystkie jej własne dążenia, wszystkie jej pragnienia – i te wielkie, i te maleńkie. Zrezygnowała z nich. Wszystko to, do czego była przywiązana, oddała Bogu, a więc w tej komnacie znajduje się związana z tym ofiara, cierpienie, wyrzeczenie, uniżenie się duszy przed Bogiem ze względu na miłość do Boga, oddanie miłości własnej, absolutna, całkowita, totalna rezygnacja z siebie samej. Kiedy dusza tak rezygnuje z siebie, wycisza się. Jej głos robi się o ton cichszy. Już nie wypowiada zdania tak kategorycznie, już nie mówi oceniając, wartościując. Już nie jest pewna siebie. Chociażby sprawdziła na sobie coś, już nie wypowie zdania, które ma być absolutną prawdą, bo ona już nie wierzy sobie. Już nie ona jest wyrocznią – Bóg jest wyrocznią, autorytetem; Tym, z którego zdaniem liczy się najbardziej. Swoje własne zdanie już podeptała, więc po co je wypowiadać. Swoją opinię już zostawiła, jest nic nie warta, choćby poparta pięćdziesięcioletnim doświadczeniem. Zdeptane oddane, nie istnieje. Choćby się wydawało, że jest autorytetem w jakiejś dziedzinie, swój autorytet zdeptała i już nie wypowiada zdań z wyżyn. Jeżeli ktoś zapyta o radę, owszem odpowie, spokojnie, stonowanym głosem, bez autorytetu, jaki wcześniej wkładała w każde swoje zdanie. Bo autorytetem jest Bóg, a ona samą siebie zdeptała, cóż więc może powiedzieć dobrego, mądrego?

Te wszystkie wyrzeczenia duszy, ofiary, uniżenie łączone jest z Krzyżem Jezusa. Jest tak połączone z Jezusem, że właściwie to wszystko jest zjednoczone z Jezusem Ukrzyżowanym. Jest z Nim jedno. Każda taka ofiara jest przyobleczona szatą Jego Krwi, cierpieniem. Wszystko uświęcone przez Jezusa, bo przecież On uczynił dokładnie to, co dusza w sposób doskonały. On uczynił to pierwszy, dokonując zbawienia. Ona czyniąc to po swojemu, na swoją maleńką miarę, a jednak jest przez Boga łączona z Ofiarą Jezusa, wywyższana. Do jak wielkiej rangi podnoszone jest to, co tak małe i słabe, to aż niepojęte! Przepiękny jest widok Jezusa wiszącego na Krzyżu i wiszące razem dusze, zjednoczone z Nim, wszystkie ich wyrzeczenia i ofiary czynione z samych siebie. Aby zrozumieć, jak piękną jest ta komnata, potrzeba głębokiej pokory, uniżenia, zjednoczenia z Jezusem. Dopiero wtedy rozumie się, czym tak naprawdę jest zdeptanie własnego „ja”. Dopiero wtedy widzi się to na co dzień i dusza zaczyna starać się. Widzi u siebie każdy moment, w którym chciałoby to „ja” podnieść głowę. Dusza na ile ma siły, na tyle depcze. Ale są i takie momenty, kiedy nie ma sił, kiedy „ja” podnosi głowę. Wtedy dusza biegnie pod Krzyż i cała we łzach tuli się do stóp Jezusa, błagając, aby jej wybaczył i aby jej pomógł, bo ona kocha. Tak jak potrafi, tak kocha. A że jest słaba, to i jej miłość jest słaba. Nie zawsze daje rady, by Bogu wszystko ofiarować. Gdy tylko jednak spostrzeże pychę, brak pokory, tuli się do Jezusa, błagając, by On udzielił jej swojej. W tej komnacie możesz przebywać stale. Tutaj nie tylko uchylone są drzwi, one są otwarte dla ciebie. Możesz do niej wejść, oczywiście, jeśli chcesz. Proś też Ducha Świętego, by nieustannie oświecał twoją duszę i wyjaśniał ci, na czym polega ta komnata.

Wczoraj mówiliśmy, że fragment z Pisma Świętego, dotyczący Mojżesza (Wj 3, 1-6. 9-12), dotyczy również nas. Nie doświadczymy tego fragmentu tak głęboko, nie odbierzemy go do siebie, jeśli wcześniej nie znajdziemy się w tej komnacie. Wszystkie komnaty, jak widać, są ze sobą połączone. W Bożym Sercu wszystko jest jednym. Żeby zrozumieć pytanie Mojżesza: Dlaczego ja? Kimże ja jestem? Nic nie potrafię, poślij kogoś innego – i żeby to głęboko przeżyć jako swoje własne, trzeba znajdować się w dzisiejszej komnacie. Dopóki nie pozwolisz swemu sercu, by Bóg powalił je na kolana, by dotknął pełnym mocy dotykiem miłości, oświecającym duszę, rozjaśniającym jej wszystkie zakamarki, mroczne miejsca, dopóki Bóg cię tak nie dotknie, nie upadniesz na kolana, dopóki nie zapłaczesz nad własnym grzechem, nad własną nędzą, pychą, nie zrozumiesz tego fragmentu z Księgi Wyjścia i ani słowa z pouczeń. Owszem, będziesz chodził po wierzchu, będzie ci się wydawało, że rozumiesz. Intelektualnie będziesz brał tę sprawę i będziesz przyznawał rację. Ba, nawet będziesz potrafił dyskutować na ten temat, ale to nie znaczy, że przeżyłeś. Ten, kto przeżył nie znajduje słów, aby wyrazić, jakie było jego doświadczenie. I uświadamia sobie, że cokolwiek by powiedział i tak jest niczym wobec Boga, Jego świata i tego, co czyni w sercu. Nie da się słowami oddać przeżyć. Nie da się! Więc, jeśli słyszysz, że ktoś dyskutuje na ten temat, módl się za niego, aby rzeczywiście Pan Bóg go dotknął.

Niech każdy z nas w swoim sercu rozważa, czym jest dzisiejsza komnata. Dużo prośmy Ducha Świętego, aby dał nam zrozumienie, aby dotykał naszych serc. Bez działania Ducha Świętego, bez Jego łaski rekolekcje będą zmarnowane. Więc proś, bo było tobie obiecane, że otrzymasz. Proś tak długo, dopóki nie otrzymasz. Chwyć Jezusa za stopy, wtul się w te stopy i proś. Płacz i proś! Mojżesz nieraz długo dyskutował z Bogiem, nawet się wykłócał, więc i ty miej Bożą odwagę, by trochę się z Bogiem spierać, prosić Go, błagać i wołać do Niego. Przypomnij Mu, że obiecywał. Powiedz, że jest to przecież Jego wolą, abyś ty poznał prawdę o sobie. Proś Go, by wszystkie mury zburzył, które przeszkadzają tobie w zrozumieniu, w przyjęciu, w zobaczeniu tej prawdy. Proś, by zdjął bielmo z twoich oczu, zatyczki z twoich uszu. Proś! Uznaj, że nie wiesz, na ile jesteś jeszcze ślepy, a na ile nie; na ile jesteś jeszcze głuchy, a na ile nie, więc proś, aby On wszystko pozabierał i żeby dał jasność swoją w twoje serce. To już ostatnia chwila, dzisiaj ostatni dzień rekolekcji.

 ***

Pamiętamy, że wczoraj razem z Mojżeszem usłyszeliśmy Słowo powołania i tak jak potrafiliśmy, jak czuliśmy, razem z nim pytaliśmy: Kimże ja jestem? Dzisiaj (Wj 3, 13-20), Bóg okazuje znowu swoją miłość poprzez objawienie Siebie i zapewnienie o swojej opiece. Kiedy Bóg powołuje jakąś duszę do specjalnej misji, specjalnego zadania, objawia tej duszy Siebie. Daje jej poznać Siebie. Zobaczmy tutaj analogię pomiędzy nami a duszami, które są powoływane. To powinno też i nas utwierdzić w przekonaniu, że prawdziwie Bóg nas powołuje. Mojżeszowi Bóg objawia się jako Bóg narodu wybranego, który jest mu znany, a Imię Jego: Jestem. Nam Bóg na tych rekolekcjach w sposób szczególny objawia Siebie, do tego stopnia, że zaprosił nas do swojego wnętrza, byśmy poznawali wnętrze Boga, lepiej Go rozumieli i w związku z tym lepiej mogli zrozumieć misję. Imię Boga „Ja Jestem” oznacza też obecność Boga przy swoim narodzie.

Bóg mówi i do nas swoje Imię. Przedstawia się: Ja Jestem. Jest to również dla nas zapewnienie, że On nieustannie jest. Nie to, że Ja byłem, Ja będę – Ja Jestem! Cały czas – Jestem! W słowie: „jestem” nie ma przerwy; obecność Boga jest nieustannie przy nas.

W jaki sposób będzie wypełniało się nasze powołanie? Tu nie chodzi o to, co mamy zrobić, tylko, w jaki sposób. Odpowiedź jest w Ewangelii (Mt 11, 28-30) – „Weźcie moje jarzmo na siebie…”. Jarzmo Boga mamy nieść wspólnie z Nim. To jest niezwykłe – wziąć jarzmo Boga, aby nieść razem z Nim. Pan Bóg nie mówi: Macie tutaj Moje jarzmo i noście je. Oddaję je wam. Chodzi o wspólne niesienie jarzma, razem z Jezusem. Wspólne. Jarzmo muszą nieść zazwyczaj dwa zwierzęta. Potrzeba więc dwóch. Jarzmo Boga dla człowieka – z jednej strony Bóg, z drugiej człowiek. To jest niezwykła sprawa, ponieważ kiedy władca ziemski zleca wykonanie ważnego zadania, zazwyczaj wykonują je słudzy (słudzy o różnej randze, w zależności od zadania). Król natomiast sprawdza, kontroluje, po prostu włada. Sam nie dźwiga ciężarów, ciężary za niego niosą inni. W przypadku Boga jest inaczej. Bóg dzieli się ciężarami z nami. Nasze uczestnictwo w dziele polega na tym, iż wspólnie z Bogiem coś niesiemy. Nie sami, to byłoby niemożliwe. Mrówka wprawdzie potrafi dźwigać ciężary, które są od niej o wiele większe, ale nie udźwignie całego kosmosu. A takie mniej więcej są proporcje – człowiek i ciężary Boga, które On dźwiga dla dobra człowieka. Zatem, Bóg zaprasza człowieka do wspólnego niesienia, do uczestnictwa w dziele. Jednak zastanówmy się, co to za ciężary człowiek ma nosić, skoro wszystko, co Boże jest tak wielkie, wręcz nieskończone? Znamy sytuacje ze swego dzieciństwa lub też, kiedy nasze dzieci chciały nam pomóc, chociażby nieść torby z zakupami. Dalibyśmy trzy-, czteroletniemu dziecku całą torbę zakupów, kilka kilogramów do niesienia? Tak, ono się dopomina, ale czy dalibyśmy? No, nie! Torba jest nieraz wręcz cięższa od tego dziecka, ale ono chce pomóc, chce nieść. Po prostu, mama trzyma torbę, a dziecko chwyta kawałek też tej torby ciesząc się, że niesie. Ono nic nie dźwiga, ono swoim ciężarem nawet jeszcze powiększa ciężar torby, ale ma satysfakcję, że pomaga mamie. Tak mniej więcej wygląda dźwiganie ciężarów razem z Bogiem. Dla dziecka to i tak jest wysiłek, chociażby taki, że musi trzymać rączkę do góry, żeby niby nieść torbę; że musi dopasować się krokiem do kroku mamy, torba jest szeroka, przeszkadza trochę, nie może iść blisko mamy. Są pewne utrudnienia, naprawdę niewielkie, ale dla dziecka są ciężarami. Patrząc z perspektywy dorosłego, to żaden trud, ale z perspektywy dziecka jest wysiłek. Tak też się mają proporcje w dźwiganiu przez człowieka jarzma Jezusa.

Zatem, czym jest to jarzmo? Znowu powracamy do tego samego. Wielokrotnie sobie tłumaczyliśmy, a jednak jest to trudne do przyjęcia i przede wszystkim do zrealizowania. To codzienność, znoszenie siebie w codzienności, praca nad sobą w codzienności, a więc praktykowanie miłości na co dzień. Tego Bóg oczekuje od każdego człowieka i co wydaje się być najtrudniejszym dla człowieka. Wiele dusz wolałoby jakieś konkretne działania, prace, wyczyny. Niektórzy myślą o wielkich czynach, bohaterskich wręcz, a tu po prostu:

  • kochać, zapominając o sobie, depcząc swoje „ja”, gdzieś chowając głęboko swoją pychę, próżność i zarozumiałość, by okazać miłość Bogu i bliźniemu;
  • umrzeć dla samego siebie,
  • przestać żyć dla siebie, a zacząć żyć dla Boga;
  • przestać myśleć o sobie, a myśleć o innych;
  • i ze względu na innych wykonywać jakieś rzeczy albo ich nie robić; mówić pewne rzeczy, albo ich nie mówić, w zależności od tego, co to jest, a ma być podyktowane miłością.

Jarzmem jest też słuchanie Boga w pokorze, w posłuszeństwie. Żeby słyszeć, trzeba słuchać, a więc mieć uszy otwarte. Słuchać, to znaczy nasłuchiwać. Człowiek zajęty pracą, codziennością, różnymi sprawami, wielu rzeczy nie słyszy, zatem trzeba nasłuchiwać. Ale nie jak pracownik gdzieś w fabryce, który od 800 – 1500 pracuje, potem dom i praca go nie interesuje. Nasłuchiwanie ma być ciągłe. Robotnikami winnicy Pana jest się 24 godz. na dobę, dzieckiem Bożym jest się 24 godz. na dobę, oblubienicą Chrystusa pragnie się być 24 godz. na dobę, słuchać zapewnień Oblubieńca o miłości chciałoby się 24 godz. na dobę. Żeby usłyszeć, trzeba nasłuchiwać; nie w godzinach pracy, ale cały czas.

Dużo było dzisiaj słów i chwilami poruszały serca. Czasem się buntowaliśmy, czasem czuliśmy się bezradni, czasem nie rozumieliśmy tak naprawdę, o czym jest mowa. Komnatą, którą dzisiaj przebywamy jest oddanie siebie całego Bogu, ofiarowanie siebie i wszystkiego, co moje z miłości; ofiarowanie, które wręcz boli. Człowiek cierpi, bo rezygnuje z samego siebie, uśmierca swoje „ja”, depcze swoje ego. Ale jest to komnata, w której właśnie wtedy, kiedy wszystko oddajemy, jesteśmy jednoczeni z Bogiem Ukrzyżowanym, przyobleczeni szatą Jego Krwi, która nas obmywa, oczyszcza, ale która też uświęca i wywyższa. Trwamy na Krzyżu. Nasze dłonie, stopy przybite razem z Jezusem do Krzyża, nasze głowy też w koronie cierniowej, serca przyległe do Serca stanowią jedno z Jezusem. Po prostu On wisi na Krzyżu, my razem z Nim. Nie ma już podziału: my, On. Wtedy człowiek doświadcza swojej niemocy, bezsilności. Widzi, że jest niczym, że nie potrafi, nie umie, że nie czuje, nie kocha. Widzi, jak bardzo rani Boga, obraża. Zaczyna czuć cierpienie Jezusa spowodowane grzechami. Wtedy, dopiero wtedy! I gdy znowu słyszy wezwanie Boga, już nie musi pamiętać o żadnych fragmentach z Pisma Świętego. Po prostu z jego serca wyrywa się: Boże, kimże ja jestem, że Ty tak mówisz do mnie? Tak mnie miłujesz, tak mnie wyróżniasz! Chcesz takich rzeczy ode mnie! Wszystkie komnaty są jedną w Sercu Jezusa. Wszystko dokonuje się w Jego Sercu i z Jego Serca wypływa.

Połóżmy swoje serca na Ołtarzu, ciągle prosząc Ducha Świętego o jasność, o zrozumienie, o dotyk Boga, który potrząśnie sercem, który to serce wyniesie wysoko i sprawi, że upadnie ono na ziemię przed Bogiem, by potem wyśpiewywać pieśń uwielbienia i chwały. Prośmy Ducha Świętego, aby dotknął nas miłością.

Modlitwa

Mój Jezu! Dziękuję Ci, że przyszedłeś do mojego serca, że nie zraziłeś się tak licznymi słabościami, że moje serce nie wydawało Ci się tak obrzydliwe, choć ja dobrze wiem, że nie jest takie piękne. Dziękuję Ci, Jezu za to, że przyszedłeś. Twoja obecność we mnie jest największym szczęściem dla duszy. Kiedy Ty jesteś, niczego już nie potrzeba. Jesteś wszystkim, wystarczasz za wszystko. I chociaż, Panie mój, jestem taką sobie mierną duszą, ciągle w czymś nie domagam, nie posiadam sił i nie potrafię, to jednak Ty przychodzisz każdego dnia. Każdego dnia stajesz się bogactwem moim, uświęcasz i przemieniasz moją brzydotę w swoje piękno, tak po prostu, za darmo, z miłości. Dziękuję Ci, Jezu!

***

Staję przed Tobą, Panie, w Twojej obecności. Staję w całkowitym poczuciu braku sił, w poczuciu słabości. Staję przed Tobą, bo mnie wezwałeś, Sam do mnie przyszedłeś. Czuję, że moje serce przyciągasz, choć nie wiem dlaczego, Boże; choć nie rozumiem, dlaczego ja. Chciałbym razem z Mojżeszem zapytać: Kimże jestem? Trudno mi uwierzyć, że mnie powołujesz. Trudni mi nawet o tym myśleć, że mógłbym uczestniczyć w Twoim Dziele, po prostu trudno mi, Panie, wierzyć. Znalazłeś duszę o wiele mniejszą niż dotychczas.

Panie mój, kładę przed Tobą całego siebie, moje życie. Kładę przed Tobą mój charakter, mój temperament, zdolności, które mi dałeś, zdobyte umiejętności, wiedzę. Sam widzisz, czy to może być materiał na Twojego apostoła? Nie mam nic. Patrząc na Świętych, zawsze coś dostrzegam. Przynajmniej tak mi się wydaje, że ze względu na to, co dostrzegam Ty ich powołałeś. A u mnie nie ma nic! Rozumiem, Panie, dajesz mi zrozumienie, że ja szukam jakiegoś oparcia w sobie samym. Przepraszam Cię, Boże, że byłem jeszcze na tyle pyszny, że próbowałem w sobie coś znaleźć, co dawałoby mi poczucie bezpieczeństwa, decydując się na Twoją drogę, co byłoby dla mnie oparciem. A Ty mówisz, żeby nic ze sobą nie zabierać. Ty stale powtarzasz, że to Ty dajesz wszystko. Widzisz, Panie, właśnie to jest taka moja słabość, taka nędza totalna, że jeszcze szukam w sobie czegoś, czego w ogóle nie posiadam. Jakże ślepy jestem i głuchy, totalnie, całkowicie. Pomóż mi, Jezu! Pomóż mi przyjąć, że na sobie oprzeć się nie mogę w niczym. W niczym! Pomóż mi całkowicie oprzeć się na Tobie, Tobie zaufać. Słabość moja jest tak wielka, że ja nie potrafię tego uczynić. Dlatego proszę Ciebie, dotknij tak mego serca, aby oparło się na Tobie.

***

   Panie, nie czuję w sobie niczego, co dawałoby podstawę, aby iść za Tobą. Nie mam nic. Nic. Jestem pusty. Jestem nikim. Dziękuję Ci, Boże! Zapewniasz mnie, że jesteś ze mną cały czas, że jesteś Bogiem Wszechmocnym i że niczego ode mnie nie oczekujesz, tylko, abym pozwolił Ci działać poprzez moje serce. Moje wyobrażenia o uczestnictwie w Twoim Dziele były zupełnie inne, a Ty pragniesz tylko mego serca. Chcę Tobie je dać. Daję Ci je, Panie mój! Jednak Ty mówisz, że to będzie wspólne dźwiganie Twego jarzma. Oddanie Tobie serca, oddanie się całkowicie Tobie jest wspólnym dźwiganiem Twego Dzieła.

Ufam, że skoro jesteś wszystkim, poradzisz sobie i z taką duszą całkowicie bezsilną, która nawet nie wie, jak ma dźwigać Twoje jarzmo, jak tak naprawdę oddać Tobie serce. Ja wyrażam taką wolę, Boże, ja chcę. Wiem, że Ty dokonasz tego tak, jak Ty będziesz chciał. Ufam Ci, Jezu! Proszę Cię, abyś mi udzielił błogosławieństwa, bo wiesz, bez Ciebie nigdzie nie pójdę. Twoje błogosławieństwo doda mi sił, będzie moją mocą. To ono zacznie ożywiać moje kości, przyoblecze je w ciało, da mi serce z ciała, a nie z kamienia. Twoje błogosławieństwo da nowe tchnienie mojej duszy, ożywi ją. Proszę Cię, Jezu, pobłogosław mnie.

<<powrót                                                                                                            dalej>>

Jedna myśl nt. „Wyrzeczenia duszy w Sercu Jezusa

  1. Poznając poszczególne komnaty przypominam sobie kartkę , którą dostałam na mszy o uzdrowienie : „Chodżcie , wstąpmy na Góre Pana do świątyni Boga Jakuba. Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami „(Iz. 2,3b) .Dziękuję Ci Panie, że w kazdej komnacie przypominasz mi że jesteś przy mnie bez względu na moją nicość, ciągłe upadki , moje przyzwyczajenia , że moja nauka bedzie trwała nieustannie aż dojdzie do zenitu, gdzie będzie tylko Bóg i ja bez żadnych obciążeń odarta z „mojego ja” .Dziękuje Ci Panie za to że wierzysz we mnie , bardziej niż ja sama.Bez tych rekolekcji, spotkań byłoby mi bardzo żle. Dzięki, Dzięki …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>