Święto NMP Matki Kościoła

Matka_dusz_najmniejszychKościół w dniu dzisiejszym przypomina nam, że mamy Matkę Bożą. Zapraszajmy Ją do swoich osobistych modlitw. Jest także Matką dusz najmniejszych. Jest naszą Mamą. Okażmy więc Jej swoją miłość i prośmy o opiekę. Niech Ona oręduje za nami i za powierzonym nam dziełem. Niech Mama występuje w imieniu swych dzieci u Boga. Odrodźmy swoją miłość do Maryi. Odnówmy swoje zawierzenie Jej. Niech nasze serca na nowo zapłoną wielką miłością do Maryi Wspomożycielki Wiernych. Niech nasze serca przylgną ponownie do Maryi Matki Kościoła. Ten tytuł, uznany, nadany przez Kościół, a przekazany Kościołowi w testamencie Krzyża, jest ważnym tytułem. Dlatego we wszystkich sprawach niezmiernie istotnych, które mają wpływ na losy Kościoła, zwracajmy się właśnie do Niej. Teraz jest taki czas. Losy Kościoła są również w naszych rękach. Zatem, niech dusze najmniejsze oddadzą się Matce Najświętszej i wraz z Nią wypraszają łaski dla dzieła, dla Kościoła, dla świata. Wraz z Maryją, pod Jej kierunkiem, pod Jej przewodnictwem, z Jej przemożną pomocą i cudowną opieką niech rozwija się Boże dzieło, aż zatriumfuje w całym Kościele i opanuje świat Miłość Miłosierna przekraczając granice państw, granice ludzkich przekonań, poglądów i religii. Módlmy się, dusze najmniejsze, by Maryja Matka nasza i całego świata Królowa nieustannie orędowała za nami. Czytaj więcej…>>

Jezus jest pośród nas

Jezus jest pośród nas. Zatrzymajmy się dzisiaj nad tym stwierdzeniem. Jezus jest pośród nas. Każdy z nas wielokrotnie słyszał takie zdanie, wypowiadał takie zdanie. Jednak, czy za tym stwierdzeniem szło poruszenie serca, doświadczenie tej obecności? A Jezus jest pośród nas. Jezus jest. Kiedy klękamy do modlitwy, jakże często nasze dusze są zamknięte na tę obecność. Z jednej strony staramy się wejść w tę obecność, uświadomić ją sobie, ale z drugiej strony zajęci jesteśmy tak bardzo samą treścią modlitwy, że niejako odwracamy się od Tego, który jest najważniejszy, od tej obecności Boga. Spróbujmy teraz jeszcze raz w swoim sercu wypowiedzieć to zdanie: Jezus jest pośród nas. Jezus jest tutaj. Każdy z nas znajduje się w tej obecności i nie trzeba zastanawiać się, jakich słów użyć w modlitwie, co teraz należałoby zrobić, ale otworzyć serce i poczuć obecność Boga. Jezus jest pośród nas. Ta obecność nie jest obecnością narzucającą się człowiekowi, hałaśliwą, natrętną, rzucającą się w oczy, tak jak to ma miejsce współcześnie – teraz wszystko narzuca swoją obecność człowiekowi. Obecność Jezusa jest innego rodzaju. To obecność realna, rzeczywista, a jednocześnie tak delikatna, że trzeba pozamykać wszystkie zmysły ciała, by móc jej doświadczyć. Można by zapytać, w jaki sposób dojść do takiego doświadczania obecności Jezusa? Niektóre duchowości proponują pewne formy modlitwy, medytacji, które w jakimś stopniu pomagają otworzyć się na obecność Jezusa. I ci, którzy idą daną duchowością, mogą je stosować. Niekiedy słyszymy o pewnych medytacjach Wschodu, których jednak trzeba się wystrzegać. Natomiast dzisiejsza Ewangelia mówi rzecz bardzo interesującą. Sam Jezus wypowiada słowa, że On jest drogą, prawdą i życiem. Jezus nie mówi, którędy, jaką drogą, mają iść apostołowie, aby spotkać się z Bogiem. Mówi, że to On jest tą drogą, tą prawdą i życiem. Szukanie więc gdziekolwiek indziej sposobów, aby spotkać Jezusa, doświadczyć Jego obecności, jest błędne, ponieważ nie ma innych dróg. Sam Jezus jest drogą, jest prawdą i jest życiem. Kiedy dusza zwraca się do Jezusa, gdy jest bardzo słaba i bardzo mocno doświadcza tego, iż nie potrafi otworzyć się na obecność Boga, On sam staje się dla niej drogą, która prowadzi ją do Boga, do spotkania z Bogiem. Sam Jezus jest tą prawdą, która otwiera na Boga, i sam Jezus jest życiem, dzięki któremu dusza żyje z Bogiem. Dlatego, kiedy klękamy do modlitwy, nie szukajmy słów, nie zastanawiajmy się, jak to rozpocząć, nie myślmy o tym, jak się modlić i ile ta modlitwa ma trwać. Uświadamiajmy sobie, że Jezus i tylko Jezus jest drogą, prawdą i życiem, by spotkać się z Bogiem. Klękam i uświadamiam sobie, że staję w obecności Jezusa. I nawet bez słów, pokornie chylę czoło, oddając Mu cześć, uznając w Nim jedynego Boga, Króla; uznając, że tylko On jest wszystkim, że tylko On może tak poruszyć serce, iż otworzy się ono na rzeczywistość Boga; że tylko On oświecić może serce tak, by zrozumiało, kim jest Bóg, by poznało prawdę. I tylko On może dać nowe życie duszy. I wtedy dusza iść będzie drogą, którą jest sam Jezus. Dusza żyć będzie z Jezusem i to będzie ta droga do nieba. Czytaj dalej

Moje owce słuchają mego głosu

Czy zauważyliście, jak piękne słowa wypowiada dzisiaj Jezus, mówiąc o swoich owcach? (J 10,22-30). Powinniśmy czuć się wyróżnieni. Powinniśmy się rozradować. Jednocześnie słowa te mogą nieco zasmucać, ponieważ w sposób kategoryczny oddzielają owce słuchające głosu Pasterza od tych, które tego Pasterza nie znają, nie słuchają, do Niego nie należą. Jezus wyraźnie zaznacza, jaka jest przyszłość Jego owiec. Wprawdzie nie mówi nic o owcach nie ze swojej owczarni. A jednak, jeśli się zastanowić, to przyszłość tych owiec nie jawi  się już tak radośnie.

 Zajmiemy się jednak owczarnią Jezusa. Nasze serca powinien ucieszyć fakt, że Jezus uważa każdego z nas za swoją owcę. Każdą zna, każdą miłuje, prowadzi i dla każdej przygotował miejsce w niebie. Z tej racji, że należymy do jednej owczarni – owczarni Jezusa, mamy zapewnione życie wieczne. Ten fakt dla każdej duszy sprawia, że serce ludzkie doświadcza pokoju. Powinno cieszyć się tym, co je czeka. Jezus mówi o swoich owcach jako o tych, które On miłuje, o które się troszczy. On osobiście, bo On jest Pasterzem. Szkoda, że słowa te tak szybko przechodzą przez umysł i serce ludzkie. Szkoda, że tak często puszczane są mimo uszu. Szkoda, że dusze nie zagłębiają się, by rozważać, co oznacza należeć do owczarni Pana. Owce mają dane wszystko, nie muszą troszczyć się o siebie. To Pasterz dba o to, by wyprowadzić je na zielone pastwiska, pilnuje, aby drapieżnik nie zaatakował, to On je prowadzi do owczarni, pilnuje, aby żadna gdzieś nie odeszła, nie zabłądziła. To On pomaga owcy, jeśli jednak gdzieś się zapodzieje. Szuka, znajduje i przyprowadza do owczarni. Owca czuje się bezpiecznie. Dusza powinna czuć się bezpiecznie, ponieważ Bóg troszczy się o nią. To poczucie bezpieczeństwa powinno towarzyszyć każdej duszy, która oddaje się Bogu, która wierzy i ufa. Poczucie radości powinno towarzyszyć każdej duszy, która przyjmuje miłość i kocha. Czy jednak tak jest w rzeczywistości? Na ile dusza przyjmuje ten fakt Bożej opieki nad nią jako prawdę, jako rzeczywistość? Na ile otwiera się na tę opiekę i na Boże prowadzenie? Jeśli nie do końca wierzy i ufa, sama próbuje zabezpieczyć swoją przyszłość, sama troszczy się o siebie. Dlatego też jest w niej wiele niepokoju, tak często szamocze się, nie wiedząc, w którą stronę iść. Nie żyje w pokoju – prawdziwym, pełnym, dającym szczęście. Gdyby dusza zaufała, gdyby była pokorna, przyjęłaby Bożą opiekę nad sobą, powierzyłaby całe swoje życie i od tego momentu nie zajmowałaby się niczym, ponieważ wszystkim zajmuje się Bóg. Z ufnością przyjmowałaby sytuacje, która spotyka na swojej drodze, ufając, że Bóg ją przeprowadza przez te wydarzenia. Gdy miałaby podejmować jakieś decyzje, pierwsza myśl skierowana byłaby do Boga, aby to On pokierował jej decyzjami. A potem robiłaby drugi krok – pod wpływem pierwszej myśli podejmowałaby decyzje. Nie buntowałaby się, ponieważ przyjmowałaby wszystko jako wolę Bożą. Nie czyniłaby żadnych planów, ponieważ spodziewałaby się od Boga każdej kolejnej minuty i godziny. Nie musiałaby więc tych planów czynić. A jeśli pewne obowiązki nakłaniałyby do uczynienia planów, to przy każdym zamieszaniu, które burzyłoby te plany, dusza nie czułaby niepokoju, ponieważ wiedziałaby, że jest w tym wola Boża. Dusza, która jest jak prawdziwa owieczka, idzie za swoim Pasterzem. Nie ma swojej drogi, swoich planów, nie realizuje swoich decyzji, swoich pragnień. Ona idzie za Jezusem. Tam gdzie jest Jezus, tam jest owieczka, tam jest dusza. Gdziekolwiek się znajduje, jest przecież z Jezusem i nie martwi się. Z Nim przeżywa każdą chwilę dnia. Zatem nie wyszukuje sobie miejsc, bo to Jezus te miejsca wybiera. Nie ona jest panią siebie, tylko Jezus. To prawda, że nie jest to łatwe. Człowiek przyzwyczajony jest do ciągłego podejmowania wyborów, ma upodobania, ma swój gust – pewne rzeczy lubi, innych nie. Zatem cokolwiek czyni, kieruje się swoim gustem, swoimi odczuciami, pragnieniami. Trudno mu tak zupełnie przestać wybierać pod kątem swojej osoby. Zauważcie, chociażby jakiś wyjazd – człowiek myśli o tym, w jakie warunki jedzie i wybiera to, co jest wygodne, w jego mniemaniu lepsze. I tych wyborów dokonuje również w sprawach błahych. Właściwie każda najmniejsza, najdrobniejsza decyzja tym jest kierowana. Będąc owieczką, dusza powinna uczyć się całkowicie rezygnować z siebie, by dać się poprowadzić, ponieść wszędzie Jezusowi. Dobrym obrazem jest owieczka na ramionach Jezusa – Pasterza. Widać w nim, że zupełnie nie ma już ona własnej woli. Ta, która idzie sama, jeszcze jakiś wybór ma. Może iść z prawej strony Jezusa, albo z lewej. Może skubnąć trawkę, którą wybierze; może iść nieco wolniej lub szybciej… Ale ta, która jest na ramionach, jest przecież niesiona i nie czyni nic swojego. Czytaj dalej

Ja jestem bramą owiec

Piękne porównanie słyszymy dzisiaj w Ewangelii. Jezus jest Bramą (J 10,1-10). Jezus jest Pasterzem. Chociaż jednocześnie wielokrotnie słyszymy i mówimy, że jest przecież Barankiem Bożym. Rozważmy przez chwilę, co oznaczają te sformułowania, jakie mają znaczenie dla ludzkiej duszy.

Przepiękne porównanie: Jezus jest Bramą. Rzeczywiście, na krzyżu zostało otwarte Jego Serce, a z tego Serca wypłynęła Krew i Woda. Serce otwarte na wieki stało się Bramą dla każdej duszy, aby przechodząc przez nią doznała oczyszczenia i znalazła się we wnętrzu Boga. I o tych duszach mowa jest w Apokalipsie, gdzie pojawiają się słowa o tych, którzy obmyli swoje szaty we Krwi Baranka, którzy je oczyścili (por. Ap 7,14). I mogą wtedy stać przed Bogiem, wielbić Go i oddawać Mu chwałę. Przepiękna to Brama – Serce Boga. Brama, która otwarta jest już na wieki. Brama, która się nigdy nie zamyka. I nie dość na tym – Brama, poprzez którą wylewa Bóg na cały świat swoje miłosierdzie. Przechodząc przez nią, człowiek jest obmywany, oczyszczany, uświęcany. Nie da się przejść przez tę Bramę i pozostać tym samym człowiekiem; i pozostać tą samą duszą naznaczoną grzechem.

Kiedy przechodzi się przez tę Bramę, szaty są lśniąco białe i są szatami wtedy już godowymi, szatami weselnymi. Cudowna to Brama Bok i Serce Jezusa Ukrzyżowanego, który właśnie skonał. Jakże piękna i jak wspaniała! Jeśli człowiek spróbuje choć przez chwilę rozważać tę Bramę, czym ona jest, nie ma możliwości, aby nie zachwycił się. Serce doświadczy dotyku Boga. Zbliżając się do tej Bramy, człowiek przecież zbliża się do Boga. Stając u jej wejścia, człowiek po prostu staje przy Jezusie, którego Bok właśnie został otwarty. A skoro z tego Boku płynie Krew i Woda, stojąc blisko, zbliżając się, człowiek jest obmywany. Innej opcji nie ma. Dusza jest obdarowywana. I to nie dlatego, że wyprosiła ten dar. Nie dlatego, że ciężko na ten dar pracowała. Otrzymuje ten dar, bo Bóg ją ukochał i dał sobie przebić Bok. Zechciał, by ten Bok, by to Serce, zostały otwarte na zawsze.

Kiedy dusza przechodzi przez tę Bramę, w sposób duchowy, doświadcza niezwykłej bliskości Jezusa, zjednoczenia z Nim. I staje przed majestatem Boskim, przed tronem. Jeśli Bóg jej udzieli tych łask, może wtedy uczestniczyć we wspaniałym uwielbieniu Boga czynionym przez aniołów i świętych. Może też uczestniczyć w wydarzeniach, które opisuje Apokalipsa, które są tak tajemnicze i niezrozumiałe dla zwykłego człowieka. Jednak dusza przez Boga wybrana może i w nich uczestniczyć. Po przejściu tej Bramy, dusza może doświadczyć różnych rzeczy, którymi Bóg pragnie ją obdarzyć. Mogą to być zaślubiny. Mogą to być zjednoczenie ze wszystkimi świętymi. Może to być zjednoczenie ze wszystkimi aniołami. Może to być również niezwykłe doświadczenie życia Bożego udzielającego się duszy, która ma wtedy zupełnie inne spojrzenie na ziemię i dusze na niej żyjące. Dusza ta, znajdując się we wnętrzu Boga, uczestniczy w jego rozlewie łask na ziemię. Może widzieć konkretne osoby i dusze obdarzane łaskami. Może też widzieć całe narody czy kontynenty. Może zrozumieć stan dusz we współczesnym świecie. Może zrozumieć co jest największym zagrożeniem dla dusz, by modlić się. Czytaj dalej

Konferencja: Maleńka droga miłości darem Boga dla współczesności

Maleńka droga miłości wydaje się być tak niepozorną drogą. Wobec współczesnego świata wydaje się być niczym, bez znaczenia. Często dusze nie chcą wchodzić na tę drogę, ponieważ jest małą, a współcześnie człowiek chce być wielki, chce coś znaczyć. Współczesny człowiek chce tylko sobie zawdzięczać swoje sukcesy, chce te sukcesy osiągać i być podziwianym. Współczesny człowiek chce stawać w miejscu Boga i odbierać należną Mu cześć. Chce być jak Bóg w różnych sferach życia. Sięgnął również po to, co jest domeną Boga – dawanie życia. Maleńka droga miłości jest całkowitym przeciwieństwem takiego sposobu patrzenia na świat, wszystkich ideologii, które rodzą się, powstają, trwają obecnie. Dlatego nie jest tak popularna. A człowiek tak bardzo wrósł we współczesny świat, przesiąkł jego ideami, że nawet jeśli zainteresuje się małą drogą, trudno mu ją realizować i wytrwać do końca, ponieważ małość, pokora, poczucie własnej bezsilności nie jest popularne. Popularne jest poczucie własnej mocy, samowystarczalność, pewien spryt, dzięki któremu człowiek osiąga swój cel, często kosztem swojego sumienia.

Mała droga miłości, droga dla najmniejszych jest tak naprawdę darem Boga dla współczesności. Jest okazanym miłosierdziem wobec ludzkości, jest lekarstwem dla niej. Kiedy doświadczamy jakiegoś przesytu w czymś, potrzeba czegoś całkowicie odwrotnego, aby uzdrowić, przywrócić równowagę. Dlatego Bóg daje taką duchowość. Liczy na to, że podejmie tę drogę wiele dusz, stając się w ten sposób pewnym antidotum na szalejące w sercach ludzkich zło, na brak Boga w życiu większości ludzi na ziemi. Skoro większość ludzi żyje bez Boga, a więc ma pustkę w duszy, potrzeba dusz, które całe oddadzą się Bogu, mając w sercu wszystko, czyli Boga. Skoro w sercach ludzkich panuje ciemność, potrzeba dusz, które staną się prawdziwym światłem. Ale muszą być całe wypełnione światłem, by rzeczywiście stawać się też światłem dla innych. Sęk w tym, że trudno duszom uwierzyć, iż nieczynienie czegokolwiek o własnych siłach, pozostawienie wszystkiego Bogu, pozwolenie, by Bóg wypełnił duszę i działał w jej życiu, że to jest rzeczywiście pomoc dla dusz współczesnych, że to działa. Nadal, mimo, że dusze wchodzą na maleńką drogę miłości, w swoim sercu podświadomie chcą o własnych siłach osiągać różne cele. Nie mają dostatecznej ufności w Bogu, nie dowierzają Bożej miłości, w związku z tym myślą, że muszą sobie w jakimś stopniu same poradzić.

Spójrzmy na Apostołów, na ich życie, na ich działalność po wylaniu Ducha Świętego. Zajęli się całkowicie głoszeniem Zmartwychwstałego Jezusa. Pozostawili wszystko. Do tej pory byli w większości nic nieznaczącymi ludźmi, w większości niewykształconymi, ludźmi prostymi. Po wylaniu się Ducha Świętego poszli na cały świat niosąc wszędzie Ewangelię. Nie zabezpieczali się w żaden sposób. A gdy głosili Słowo Jezusa, zawsze wszystkie znaki i cuda, które towarzyszyły im przypisywali Duchowi Świętemu i oddawali cześć Bogu. Doskonale wiedzieli, że w nich takiej mocy nie ma, że otrzymali ją do Boga. Z ludzi prostych, z rybaków stali się tymi, którzy uzdrawiali, a nawet wskrzeszali. Uwierzyli i wtedy stali się apostołami prawdziwie. Nigdy podczas swojej działalności nie przypisywali niczego sobie. Oburzali się wręcz, gdy chciano im, jako bogom oddawać cześć, gdy czynili znaki. Poświęcili wszystko, również swoje rodziny. Zostawili swoją pracę, domy, a zyskali o wiele więcej. Dopiero, gdy zostawili wszystko – jak się im wydawało – wszystko zyskali, czyli Boga. Teraz postrzegamy ich, jako wielkich Apostołów. Zresztą oprócz jednego wszyscy zginęli śmiercią męczeńską. Do tego rzeczywiście potrzeba wiary, ale przede wszystkim potrzeba miłości, która daje odwagę. W czasie prowadzenia apostolskiej działalności w swoich oczach nie byli wielcy, nie chełpili się jakąś własną siłą. Oni szczycili się Bogiem i oddawali chwałę Jezusowi. Maleńka droga miłości jest drogą całkowitego oddania się Bogu i zaufania Mu do końca. Jest drogą, na której człowiek, ponieważ oddaje wszystko i rezygnuje całkowicie z siebie, rzeczywiście zyskuje wszystko, czyli Boga. Bóg w tej duszy działa, kocha, modli się w niej, ufa, wierzy. To dar. Dusza świadoma swojej nicości uniża się tak bardzo, że przyjmuje od Boga wszystko. Wtedy Bóg działa w życiu tej duszy. Dusza ta znika, a żyje Bóg. Dlatego właśnie mała droga jest lekarstwem, ponieważ umożliwia Bogu przychodzenie na świat, do ludzi. Umożliwia Bogu poprzez dusze Mu oddane uzdrawiać, pouczać, ukierunkowywać, zbawiać. Czytaj dalej

Ogromne zadanie mają przed sobą dusze, które wchodzą na tę drogę

Maleńka droga miłości jest lekarstwem dla współczesnego człowieka. Jest antidotum na to wszystko, co się teraz dzieje w ludzkich sercach. Współcześnie człowiek stawia na wielkość, sam siebie czyni Bogiem, uważa, że jest w stanie zrobić niemalże wszystko. Wierzy w swoje ludzkie możliwości i siły. Jest w tym bardzo pyszny, bardzo mocno już osadzony w takim sposobie myślenia. Całkowicie odrzuca Boga, a nawet jeśli przyjmuje, iż Bóg istnieje, to odrzuca relację, jaką pragnie Bóg nawiązywać z człowiekiem. Nie wierzy w możliwość istnienia bliskiej relacji, przyjaźni pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Odsuwa Boga poza krąg swego życia. Dla człowieka Bóg może istnieć, ale nie zaprasza Go do siebie, do swojego serca i życia. Taki sposób myślenia, życia pogrąża człowieka coraz bardziej w grzechu, w ciemnościach, coraz bardziej w rozpaczy, w bólu. Maleńka droga miłości jest dokładnie przeciwieństwem sposobu życia, jakie teraz wiedzie człowiek. Jest lekarstwem dla ludzkości. Potrzeba, aby była taka grupa dusz, które będą żyć na maleńkiej drodze miłości, aby przeciwstawić się współczesnemu grzechowi pychy życia bez Boga. Do niedawna jeszcze przeważał ten pełen pychy sposób życia bez Boga, ale pojawiają się na świecie grupy dusz, które obierają sobie maleńką drogę miłości, jako swoją drogę życiową. I w wielu miejscach na ziemi w ciemnościach pojawia się światło, jako antidotum na tę ciemność.

Czasami dusze, które starają się żyć maleńką drogą miłości zaczynają mieć wątpliwości, czy rzeczywiście ta droga ma sens. Żyjąc w ukryciu, w całkowitej pokorze przed Bogiem, ale i przed ludźmi, gdy są przytłaczani hałasem pychy współczesnego człowieka, zaczynają powątpiewać, czy rzeczywiście to ma sens. Jednak, gdy nasze serca obejmuje wątpliwość, spójrzmy na życie Maryi – Bożej Matki. Przyjęcie właśnie takiego sposobu życia – umniejszania się przed Bogiem, życia pokornego, złożenia w Bogu wszystkiego i ufania Mu we wszystkim, przyjęcia w tej ufności wszystkiego, co Bóg daje – przyniosło konsekwencje dla całego rodzaju ludzkiego. A więc owocem takiego życia jest Jezus, a dalej idąc – zbawienie ludzkości. Maryja tylko przyjęła tę drogę. W Niej Jezus został poczęty i to On dokonał Dzieła Zbawienia. Jeśli dusza przyjmie maleńką drogę miłości, zaowocuje to w jej wnętrzu obecnością Jezusa, a Jezus dokona wszystkiego. Nie Maryja zbawiła ludzkość, nie Ona poszła na Krzyż, Ona tylko przyjęła to, co Boże, wyzbywając się wszystkiego, co ludzkie. Pozwoliła Bogu zamieszkać w sobie i przejąć Jej życie, a reszty dokonał Bóg. To jest istotą małej drogi – CAŁKOWITE UMNIEJSZENIE SIĘ PRZED BOGIEM AŻ DO ZNIKNIĘCIA, WTEDY ON CZYNI WSZYSTKO. Ogromne zadanie mają przed sobą dusze, które wchodzą na tę drogę. Dzięki ich postawie Bóg daje współczesnemu człowiekowi lekarstwo. Pozwólmy, żeby Bóg uzdrawiał współczesnego człowieka, właśnie poprzez nasze dusze.

Błogosławię was – W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

Nasze świętowanie jest zanurzone głęboko w życiu Kościoła

Całe Niebo napełnione jest radością. Całe Niebo świętuje radując się naszym świętem – JUBILEUSZEM 10-LECIA WIECZERNIKÓW W GIETRZWAŁDZIE, ale też radując się świętem całego Kościoła w Polsce – 1050 ROCZNICĄ CHRZTU POLSKI. Jesteśmy zanurzeni w Kościele. Nasze świętowanie jest zanurzone głęboko w życiu Kościoła. To doskonała jedność naszej wspólnoty z życiem Kościoła, zatopienie się w Kościele, zakorzenienie się, wyrośnięcie naszej wspólnoty z samego serca Kościoła. Dlatego wszystko, czego doświadczamy i dzisiaj, i jutro jest bardzo głęboko osadzone w Kościele. Jest radością nie tylko naszą, ale jest radością całego Kościoła, zatem i radością całego Nieba.

Podziękujmy dzisiaj Bogu za dar małej drogi; za to, że Bóg wprowadził nas właśnie na tę drogę, że wszystkich nas z różnych stron i miast zgromadził, zjednoczył i prowadzi jedną drogą. Dziękujmy, bo ta droga jest w sposób szczególny drogą na te czasy, na współczesność. Dziękujmy Bogu, że nasza wspólnota została powołana, by tę drogę realizować. Dziękujmy, że każdy z nas został obdarowany, by pójść tą drogą.

Mała droga św. Tereski, ale też maleńka droga miłości, którą wskazuje Jezus poprzez sł. B. s. Konsolatę Betrone jest tą samą drogą. Cieszmy się i dziękujmy Bogu za to, że pokazuje ją nam, ponieważ ta droga współcześnie jest najlepszym drogowskazem, by realizować Bożą wolę. Jest najlepszą drogą, by kroczyć ku zjednoczeniu z Bogiem. Jest też najlepszym rozwiązaniem na współczesne problemy, które ma każdy człowiek w swojej zwykłej szarej codzienności. Mała droga pomaga człowiekowi przeżywać godnie każdy dzień, z Bogiem; tak, aby się uświęcać i nie tracić nic z godności dziecka Bożego.

Dziękujmy Bogu, ponieważ droga, na którą Bóg nas wprowadził jest błogosławieństwem dla każdego z nas i dla naszych rodzin. Jest błogosławieństwem dla całego Kościoła. Przyjmujmy to błogosławieństwo radując się, że Bóg jest tak dobry, tak miłosierny, tak łaskawy, tak cierpliwy, że jest tak hojny w obdarowywaniu naszych dusz.

Błogosławię was – W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

Nowenna przed Wieczernikiem w Gietrzwałdzie – dzień 8

Obraz duszy w sposób szczególny umiłowanej

Dusza, która cała oddaje się Bogu, która wszystko Jemu poświęca i ofiarowuje, która rezygnuje z samej siebie, zyskuje nieskończenie więcej. Pozornie wydawać się może, że skoro rezygnuje ze wszystkiego, ze swoich przyzwyczajeń, ulubionych zajęć, ze swoich zainteresowań, chociażby z własnego odpoczynku, skoro rezygnuje w sferze psychicznej i duchowej ze wszystkiego, co ją stanowi, wyzbywa się nawet posiadania w oczach innych dobrej opinii o sobie, rezygnuje z własnego zdania, wydaje się, że dusza ta jest bardzo uboga. Jeśli zastanowimy się nad słowem „uboga”, zauważymy, iż właściwie słowo to składa się z dwóch części: „u”, „boga”. Dusza ta będąc ubogą w pojęciu czysto ludzkim automatycznie staje się duszą będącą całkowicie u Boga, w Jego wnętrzu. I to zamieszkanie u Boga staje się największym bogactwem duszy. Dusza pozornie tracąc wszystko, właściwie dopiero wtedy wszystko zyskuje, bo jej zyskiem jest Bóg; Bóg ze wszystkim, kim jest, czym jest, co w Sobie zawiera. Właściwie dusze nie zastanawiają się, co znaczy być bogatym Bogiem. A jeśli myślą o tym, to w sposób powierzchowny. Każdy się domyśla, że to znaczy być miłosiernym, mieć w sobie pokój, miłość doskonałą, iść drogą świętości. To prawda, wszystko to zawiera w sobie dusza, która staje się ubogą w oczach świata. Ale zyskać, posiadać Boga znaczy nieskończenie więcej, bo cóż oznacza mieć w sobie Jego miłość, Jego pokój, miłosierdzie? To znaczy mieć w sobie Jego przymioty. Mieć w sobie Jego życie – życie Boskie. Co znaczy mieć w sobie życie Boga? Być uczestnikiem wszystkiego, co jest w Bogu, wszystkiego, co Bóg czyni. Przed duszą, która cała do Boga należy i która wszystko Jemu poświęca, Bóg odsłania swoje tajemnice. Staje się ona uczestnikiem życia Bożego, w którym nie ma żadnych ograniczeń – nie ma ograniczeń czasu, przestrzeni. Zatem i dusza uczestnicząc w życiu Boga, uczestniczy w tym braku ograniczeń. Ona, jeśli Bóg zechce, może uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach zbawczych od samego początku stworzenia aż po kres. Przecież to wszystko jest w Bogu, tym żyje Bóg, On to czyni, a dusza będąc bogata Bogiem ma w tym swoje uczestnictwo. Czytaj dalej

Jakiego dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli?

Jezus wszystko już wykonał. Już dokonało się to, co zaplanował Bóg. Wszystkie znaki zostały dane człowiekowi. Wszystko, co ma ludzkie serce przekonać o Bożej miłości, co ma ludzkie serce otworzyć na obecność Boga w życiu duszy, zostało objawione. Każdy z nas stał się posiadaczem Bożego objawienia i każdy z nas stał się uczestnikiem Dzieła Zbawienia. Każdy z nas włączony został do rodziny Bożej i każdy z nas został wprowadzony w otoczenie Jezusa. Każdy z nas jest świadkiem codziennie dokonujących się cudów. Ten największy to przyjście Jezusa na Ołtarz, możliwość zjednoczenia się z Bogiem. Każdy z nas został włączony w żywy organizm Jezusa – w Kościół. I w tym żywym organizmie otrzymuje wszystko, czego potrzebuje; nie tylko by żyć, ale by rozwijać się, doskonalić się i stawać się świętym. Każdy w tym organizmie otrzymuje to, by móc być pożytecznym dla całego organizmu. Wszystko zostało nam dane. Teraz trzeba odkryć te wszystkie Boże dary, uwierzyć w nie i je przyjąć. Trzeba zacząć nimi żyć. Trzeba obudzić się i na nowo zaczerpnąć z Bożego Serca.

Żydzi oczekują znaku. Mimo, że Jezus dokonywał tylu niezwykłych rzeczy, oni oczekują znaku. Najwspanialszym znakiem jest sam Jezus, który staje się Pokarmem dla każdej duszy. Ten Znak ma w sobie niezbadaną głębię i warto zbliżać się do Niego. Każda dusza ma taką możliwość, ponieważ Jezus zamieszkał w duszy. Każda dusza ma możliwość obcowania z Jezusem, życia z Nim codziennie, bo On uczynił Sobie świątynię w duszy; bo poprzez Krzyż wyjednał, wykupił wszystkie dusze. Każda tak naprawdę należy do Niego, chociaż On nie zniewala duszy. Powodowany miłością daje jej wolność, ale każda dusza należy do Niego. Jezus jest Tym, który oświeca dusze i prowadzi. Staje się Zarządcą duszy i jej Kierownikiem. Ale też staje się dla duszy niczym Pokarm. Bez Niego dusza nie może żyć. Jezus jest wszystkim dla duszy. Dusza potrzebuje Jezusa, by żyć prawdziwie, by kosztować życia prawdziwego, Boskiego. Tylko taka dusza, która na pierwszym miejscu stawia Jezusa, nieustannie Mu towarzyszy, która stale się z Nim jednoczy, we wszystkim się Go radzi, zaprasza Go do każdej części dnia i nocy, tylko taka dusza rzeczywiście prawdziwie żyje i jest szczęśliwą. Tylko taka dusza w sposób doskonały wypełnia swoje powołanie. Jest doskonale taką, jaką stworzył ją Bóg i do czego przeznaczył. Całą sobą oddaje Bogu chwałę – każdym oddechem, każdym słowem, spojrzeniem.

Bóg pragnie, by każda dusza taką była. Każdą powołał do świętości. Nasze dusze dążą do świętości. Jeszcze przed życiem we wspólnocie często dążyliśmy do świętości, żyliśmy z Jezusem, byliśmy żywą cząstką Kościoła. Bóg pragnie czegoś więcej. On nie tylko pragnie białej lilii, On pragnie doskonale pięknej lilii, doskonale czystej lilii, świętej. Tę czystość, doskonałość, świętość nadaje duszy Bóg wtedy, gdy ona rzeczywiście żyje w zjednoczeniu z Nim, kiedy cała się Jemu oddaje, wszystko Jemu poświęca. Nas, Jego umiłowane lilie, Bóg pragnie uczynić tak doskonale pięknymi, czystymi i świętymi. I posługuje się w tym niejako narzędziem, a są nim Zdroje Miłosierne, które nie tylko nas obmywają i oczyszczają dając uświęcenie, ale poprzez nas docierają do innych dusz, pobudzając te dusze do rozwoju, by i one kwitły, stawały się liliami. Tym, co czyni duszę doskonałą, piękną jest Krew Jezusa. Tym, co ją oczyszcza, obmywa jest Jego Pot, są Łzy. Tym, co ją przemienia, wydoskonala są Zdroje Miłosierne. Obdarowani tymi Zdrojami zostaliśmy nazwani szafarzami Bożego Miłosierdzia, Bożych Zdrojów – zadanie bardzo poważne. Jeśli dusza przyjmuje zbyt lekko, jeżeli nie przyjmuje z głęboką wiarą, traktuje ten Dar i to zadanie nie do końca poważnie, a z czasem zapomina o tym. Wielu z nas we wspólnocie zapomniało. Czytaj dalej

Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga…

Czy zauważyliśmy, na czym ma polegać Dzieło Boże? Na tym, abyśmy uwierzyli w Jezusa. Zatem, dobrze by było zadać sobie pytanie: Czy wierzę w Jezusa? Czy wierzę, że jest Synem Bożym? Czy wierzę, że umarł i zmartwychwstał? Czy wierzę, że pozostał na Ołtarzach? Czy wierzę, że posłał swego Ducha, który prowadzi Kościół i daje natchnienia ludziom wierzącym? Czy rzeczywiście wierzę w Jezusa Chrystusa? Czy Go przyjmuję?

Na czym ma polegać ta wiara? Jezus przyszedł, aby zaświadczyć o miłości Ojca. Przyszedł, aby rozlało się na cały świat Boże Miłosierdzie. Zatem, jeśli wierzę w Jezusa Chrystusa, to wierzę w Jego misję, z czym przyszedł na ziemię i czego dokonał. Jeśli prawdziwie wierzę, to przyjmuję. Jeśli prawdziwie wierzę i przyjmuję, to nie ma innej opcji, ale odpowiadam na to. W jaki sposób odpowiadam na Bożą miłość i na Boże miłosierdzie? W jaki sposób życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa przemieniło moje życie? W jaki sposób to, co jeszcze nie tak dawno wszyscy razem świętowaliśmy, a więc zmartwychwstanie Jezusa wpłynęło teraz na moje życie? Czy rzeczywiście dokonała się przemiana? Czy teraz żyję zmartwychwstaniem Jezusa? Czy rozumiesz to pytanie? CZY TY TERAZ ŻYJESZ ZMARTWYCHWSTANIEM JEZUSA?! Czy żyjesz radością zmartwychwstania? Czy fakt, że Jezus zmartwychwstał pobudza twoje serce, sprawia, że bije ono mocniej, że myślisz o tym i pragniesz się tym dzielić? Czy ty żyjesz zmartwychwstaniem Jezusa? Czy twoja wiara w zmartwychwstanie Jezusa jest żywa? Czy głosisz wszystkim, że oto Jezus zmartwychwstał? Czy po tobie widać, po twojej postawie, po twojej twarzy, w twoich oczach, czy widać zmartwychwstanie Jezusa? Czy to zmartwychwstanie Jezusa odczuli twoi bliscy, twoi znajomi? Czy w związku z tym zmieniło się twoje zachowanie, twój stosunek do innych osób, bo Jezus zmartwychwstał i obdarował ciebie swoim życiem? Wszystko zabrał, co złe i dał swoje życie. Czy radujesz się wolnością od grzechu i czy innym uświadamiasz, że oni też są wolni od grzechu? Czy twoje serce płonie zapałem, aby innym uświadamiać, że Jezus zmartwychwstał, że przychodzi ze Zdrojami Miłosiernymi do każdego człowieka, obdarza nimi i daje życie wieczne? Czy ty idziesz do innych i mówisz im, że są wolni, że mogą świętować, radować się? Czy zarażasz swoją radością innych? Czy z twego serca, z twoich oczu, z twojej postawy płynie miłość, która niesie pokój, łagodzi konflikty, sprawia, że ludzie się uśmiechają? Czy poszedłeś do osoby, do której do tej pory czułeś niechęć, albo byłeś skłócony, aby zanieść tę wieść – Jezus zmartwychwstał, a teraz przychodzi, aby dać pokój? Przychodzi i mówi: Pokój wam! Czy żyjesz zmartwychwstaniem Jezusa każdego ranka budząc się i radując się, że Jezus zmartwychwstał? Czy z tą radością w sercu idziesz do swoich obowiązków, do swoich bliskich, do znajomych? Czy w ciągu dnia zatrzymujesz się na chwilę, stajesz przed Jezusem, dziękujesz Mu i wielbisz Go? Czy wieczorem klękasz przed Jezusem Miłosiernym prosząc, by Zdroje Miłosierdzia całkowicie obmyły Ciebie i zrodziły na nowo? Czy wielbisz Go, czy wołasz: Chwała Tobie, Jezu! Żyjesz! I ja żyję w Tobie. Jeśli nie ma w tobie tego życia, zapału, radości, energii, jeżeli nie czujesz przemiany w sobie, nie patrzysz na świat z radością, jeżeli ten świat nie pojaśniał w twoich oczach, pomyśl, czy rzeczywiście przyjąłeś Jezusa, którego posłał Bóg. Dzieło Boże właśnie polega na tym, że masz przyjąć Jezusa, który umarł za ciebie i zmartwychwstał. Masz przyjąć z miłością, odpowiedzieć – z miłością, masz żyć miłością. Tylko wtedy będziesz świadkiem, apostołem. Tylko żyjąc Bogiem, Jezusem, możesz o Nim świadczyć. Jeżeli nie będzie w tobie życia Bożego, nie zaświadczysz o Nim. Jeżeli w tobie nie żyje Jezus, nie zaświadczysz o Nim. Człowiek świadczy o tym, co ma w sercu – jeśli ma smutek, świadczy o smutku; jeśli ma radość, świadczy o radości; jeśli ma miłość, świadczy o miłości; jeśli ma życie, to życie przekazuje innym; jeśli umiera, tylko sieje śmierć. Czytaj dalej